Akademicki Klub Turystyczny

Oddział Wrocławski PTTK
Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze


Menu:

AKT Wrocław
Aktualności
Imprezy
Archiwum
Wydawnictwa
Ciekawe linki
Napisz do nas

Zza Wielkiej Wody...

     Andrzej "Astronom" Wojciechowski wybrał się za Wielką Wodę, skąd przesłał kilka relacji z tego, co go spotkało podczas podróży, co zobaczył i co przeżył. Niestety są wakacje i relacji tych jest zaledwie kilka, kolejne pojawią się na stronach AKT po 25 sierpnia...


21 lipca 2008 r.
     Po ponad 21-godzinnej podróży trzema samolotami na trasie Wroclaw - Frankfurt - Chicago - Seattle doleciałem bez większych problemów do Seattle. Tyle tylko, ze "bez problemów" dotyczy tylko mojej osoby. Zaś cały mój plecak nie dotarł na miejsce. Zniknął gdzieś po drodze, diabli go wzięli i ogonem przykryli. A ściślej - Lufthansa. Oczywiście złożyłem reklamacje no i czekam. Goły jak święty turecki, a ściślej ubrany cały czas w te same łachy i pozbawiony mnóstwa podstawowych rzeczy do życia, na szczęście z dokumentami, chlebakiem. 
     Teraz siedzę w podłym hostelu w Port Angeles na półwyspie Olimpic za "jedyne" 30 USD i czekam. Maja mi ten plecak przywieźć na miejsce. Obiecują mi to już od dwóch dni i nic z tego nie wynika. Oczywiście nici z 4-dniowej wędrówki po Parku Narodowym Olimpic (Wacek i jego ekipa oczywiście poszli w góry). A jak na złość jest piękna pogoda. Kto wie, czy nie będę musiał kupić sobie wszystkich rzeczy. Oczywiście zażądam odszkodowania od Lufthansy.
     Najwyraźniej w USA ciąży na mnie jakieś fatum bagażowe.

24 lipca 2008 r.
    Dzisiaj (środa) w południe wreszcie dotarł do mnie mój plecak - 5 dni po przylocie do USA! Z dodatkowej kartki doczepionej do niego wynika, ze z Frankfurtu wyleciał dopiero 2 dni po mnie. Tak wiec w porywach odległość między mną a moim plecakiem przekroczyła 7500 km!!
     Obecnie jestem w Port Angeles (nie mylić z Los Angeles) na półwyspie Olympic, na zachód od Seattle. Dzisiaj zaliczyłem cudowną wycieczkę w góry nad Port Angeles: wejście na grzbiet na wysokości 2100 m i zejście na sam dół, do Port Angeles. Dało w kość. Fantastyczne widoki na trasie: ośnieżone szczyty Olympic, niezwykle ukwiecone łąki wysokogórskie, hen w dole cieśnina Juan de Fuca i daleko na horyzoncie wyspa Vancouver. A niżej wędrówka przez las deszczowy. Świstaki, jelenie i chipmanki (małe wiewiórki - złodziejki) na szlaku. I to wszystko przy cudownej słonecznej pogodzie. Na całym szlaku ruch turystyczny znikomy - minęły mnie tylko dwie osoby. Żeby tak było u nas w Tatrach...

28 lipca 2008 r.
     Wraz z Wackiem Święchem i jego synami intensywnie zwiedzam USA. Dotarliśmy do najdalej wysuniętego na zachód punktu kontynentalnej części USA (bez Alaski) na półwyspie Olympic w stanie Waszyngton - wędrówka lasem deszczowym, a potem niesamowita plaża nad Pacyfikiem, skalisto-kamienisto-żwirowa.
     Kolejny dzień to przejazd na południe do Oregonu i następnie wzdłuż przełomu rzeki Columbia - znowu niesamowite widoki na rzekę i przełom, bardzo przypominający przełom Łaby w Czesko-Saskiej Szwajcarii, tylko w znacznie większej skali.
     A dzisiaj - rafting na pontonie 18 mil (6 godzin) rzeką Deschutes River, lewobrzeżnym dopływem Columbii, czyli pokonywanie bystrzy o trudności do 4 (w 6-stopniowej skali) w niesamowitym kanionie przy cudownej pogodzie. Mieliśmy gruntownie przechlapane. Wrażenia ogromne.
    Teraz nocujemy w Bend i jutro jedziemy do Crater Lake - kolejnego cudu natury.
     Dookola mamy półpustynie z widokami na okoliczne potężne wulkany: Mt. Hood, Mt. St. Helens i kilka innych.

4 sierpnia 2008 r.
     Aloha! - hawajskie pozdrowienie dla AKT- i SKPS-manów i -menek ze słonecznej Maui (tej z piosenki o wielorybnikach), gdzie nad rajskimi plażami z superczystą wodą ciepły pasat kołysze palmami, a nad wszystkim góruje spowity chmurami Haleakala - największy drzemiący wulkan świata.
     Wczoraj przeszedłem kalderę szczytową - wielkości Manhattanu, żużel, żużel i żużel, i skąpa ale niesamowita roślinność (np. ahinahina - srebrny sztylet). A potem podziwiałem z samego wierzchołka (3055 m) wystającego ponad śnieżnobiałe chmury zachód słońca.
     A wcześniej zaliczyłem oczywiście kąpiel w Pacyfiku, na cudownej plaży z białym piaskiem, oczywiście strzeżonej, olewając ostrzeżenia o rekinach, meduzach i silnych prądach.

5 sierpnia 2008 r.
     Uzupełnienie relacji z Haleakali: wędrowaliśmy 12 mil przez centralna kalderę. Jest ogromna - zmieściłby się w niej Manhattan. Krajobraz niesamowity, księżycowy: potoki zastygłej lawy (po ostatniej erupcji w 1790 roku), żużel, porowate skały wulkaniczne koloru czarnego lub czerwonego. Niesamowita roślinność - np. srebrny sztylet. Kończę, bo właśnie zamykają internetownię.

6 sierpnia 2008 r.
     Zaliczyłem kolejny hawajski dzień na Maui, jak zawsze tropikalny i tym razem niezwykle syty: tour po drodze do Hana na wschodnim wybrzeżu Maui.
     Jest to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Ok. 50 km niezwykle krętej drogi: zakręty co 10-15 metrów (sic!!). Jakby żmija się po niej przespacerowała, to by zwichnęła sobie kręgosłup. Sudecka Szosa 100 Zakrętów w porównaniu z tą drogą to linia prosta. To wszystko wśród tropikalnej roślinności, z fanatycznymi widokami na klif i bezkresny ocean. 
     Był tez spacer po klifie z jaskiniami, 1,5 godziny plażowania na plaży z ciemnym wulkanicznym piachem i kąpiel w oceanie, co wyglądało mniej więcej tak: ciemny piasek + hawajskie słońce = przejście na prażonych podeszwach do wody, potem pływanie (ocean był wyjątkowo spokojny, a wiec "tylko" 2 metry w gore, 2 metry w dół), a potem pokonywanie przyboju przy powrocie na brzeg, czyli ucieszne fikołki w kipieli wody pomieszanej z piaskiem, no i zainkasowanie galona wody do nosa tudzież dwóch funtów piachu do gaci. No i powrót na prażonych stopach do swoich rzeczy. A potem natychmiast ucieczka do cienia pod palmami. Niektórzy z uczestników touru nie docenili upału - jeden z udarem cieplnym wylądował w szpitalu.
     A potem jazda drogą za Hana, jeszcze węższą i jeszcze bardziej krętą, nad przepaścistymi jarami. Tu tylko dobrzy kierowcy dają sobie rade; źli szybko zabijają się. Nasz był bardzo dobry - zaliczyliśmy tylko jedno obicie się o samochód z przeciwka (wszyscy przeżyli). A potem jeszcze przejście 3,6 mili szlakiem do 200-metrowego wodospadu i przez dżunglę tropikalną, a potem las bambusowy (sic!) Ten ostatni to coś absolutnie niesamowitego: bambusy rosną co 20 cm na wysokość kilkunastu metrów. Panuje tu niesamowity półmrok, ślisko. Sam wodospad położony w półkolistej kotlinie o idealnie pionowych ścianach. Wszystko ociekające woda. I jeszcze glosy rajskich ptaków

7 sierpnia 2008 r.
     Dzisiaj zwiedzałem zachodnie, mające zawsze piękną pogodę, wybrzeże Maui. Najpierw przejazd do Kanapali, wypożyczenie sprzętu nurkowego: masek, rurek do oddychania, płetw. Potem 4 godziny plażowania w samo południe + pływanie w fantastycznie czystej wodzie nad rafą koralową. Przeżycie zupełnie niezwykłe: widok pod wodą barw rafy, kolorowych ryb. Trafił się nawet duży żółw morski, z którym pływałem ok. 10 minut (dal się nawet dotknąć). 
     A potem przejazd i zwiedzanie Lahainy - dawnej wielorybniczej stolicy świata. Dzisiaj już nie ma tu wielorybników, ale została atmosfera: tawerny, charakterystyczna zabudowa. I oczywiście dużo rożnych sklepików, kawiarenek, każda inna, niektóre z marynarską muzyką. A o 19-tej był najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Z jednej strony tęcza od niebotycznych gór do oceanu, a z drugiej zachód i niesamowicie czerwone chmury nad nim. Musiałem dokupić filmy, bo oczywiście trzaskam zdjęcia, aż milo.

o czym informuje pełen wrażeń
Astronom