Akademicki Klub Turystyczny

Oddział Wrocławski PTTK
Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze


Menu:

AKT Wrocław
Aktualności
Imprezy
Archiwum
Wydawnictwa
Ciekawe linki
Napisz do nas

Rajd Szlakiem Orłowicza - etap IX
Szklarska Poręba – Świeradów Zdrój

Wędrowaliśmy 9 i 10 grudnia 2006. Kierownikiem był Krzysztof Borkowski (przewodnik sudecki II klasy ze Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich Oddziału PTTK przy Politechnice Wrocławskiej). Za rozliczenie odpowiadał i „trzymał kasę” Andrzej Wojciechowski powszechnie znany jako Astronom (sekretarz Akademickiego Klubu Turystycznego Oddziału Wrocławskiego PTTK). Łącznie z kadrą było nas 12 osób (w tym 5 studentów). A tak oto wyglądał szczegółowy przebieg tego ostatniego etapu Rajdu.

W sobotę 9 grudnia 2006 spotkaliśmy się o 7:15 na Dworcu Centralnym PKS we Wrocławiu, skąd dość szybko i tanio (za jedyne 17,60 zł w promocyjnej cenie) przejechaliśmy (w godz. 7:30-10:37) autobusem PKS do Szklarskiej Poręby Górnej. Na końcowym przystanku czekał jeszcze jeden uczestnik rajdu, a góry całkowicie skrywały się za chmurami. Na szczęście jeszcze nie padało. W końcówce dojazdu, tuż przed Szklarską Porębą, mogliśmy podziwiać świadectwo potęgi górskich żywiołów – świeżo naprawioną po sierpniowej nawałnicy szosę w Szklarskiej Porębie Średniej, poryte koryto Kamiennej oraz miejsce koło bazy namiotowej „Pod Ponurą Małpą”, gdzie jej wody zniosły most.

Po wzajemnym poznaniu swoich imion, wysłuchaniu historii Szklarskiej Poręby przedstawionej z konieczności w dużym skrócie (tego dnia przed zmrokiem musieliśmy dotrzeć Grzbietem Wysokim Gór Izerskich do Polany Izerskiej) rozpoczęliśmy wędrówkę kwadrans przed  11-ą. Po kilkuset metrach przechwyciliśmy Główny Szlak Sudecki im. dr. Mieczysława Orłowicza dokładnie w tym samym miejscu, gdzie opuścili go uczestnicy VIII etapu. Przejście pod wiaduktem linii kolejowej Jelenia Góra – Szklarska Poręba sprowokowało Krzysztofa (przewodnika) do przedstawienia pasjonującej historii tego odgałęzienia Śląskiej Kolei Górskiej. Nie chcąc wstrzymywać marszu i chcąc być dobrze słyszany szedł w środku grupy przedstawiając ciekawostki techniczne drogi żelaznej łączącej Jelenią Górę z Tanwaldem. W tym czasie czoło grupy przegapiło odejście szlaku z szosy w lewo. Po prawie 200 metrach kolejowy wątek musiał się skończyć, cofnęliśmy się do „Orłowicza”.

Kiedy wyszliśmy z lasu po „zdobyciu” Hutniczej Górki (774 m n.p.m.) spadły pierwsze krople dżdżu, a w zamglonym powietrzu dostrzegliśmy dach schroniska odbudowywanego na szczycie Wysokiego Kamienia (1058 m n.p.m.). Dotarcie tam to największe tego dnia podejście (łącznie ponad 400 metrów różnicy wzniesień). Na Wysokim Kamieniu niektórzy weszli jeszcze na skałki szczytowe. Ten wspaniały punkt widokowy niestety był spowity mgłą – panoramę Karkonoszy „oglądaliśmy” jedynie oczyma wyobraźni. Kilkanaście minut postoju obok ciągle odbudowywanego schroniska (planowane uruchomienie w przyszłym sezonie kiedy to będzie dysponować ok. 10 miejscami noclegowymi) wykorzystaliśmy na zjedzenie kanapek popijanych herbatą z termosu. Potem wędrowaliśmy dalej, czerwonym szlakiem, Grzbietem Wysokim Gór Izerskich, cały czas we mgle. Minęliśmy skałki Zawalidrogi, a po kolejnych kilkunastu minutach całą serię skałek: Skalną Bramę, Wieczorny Zamek (tak zatytułował swoją książkę Carl Hauptmann – brat noblisty Gerharda) i Skarbki.

Około 13-tej dotarliśmy w pobliże nieczynnej zimą Kopalni Kwarcu „Stanisław” na Izerskich Garbach (1084 m n.p.m.). W iście onirycznej scenerii z mgły po prawej stronie wynurzały się monstra kopalnianych urządzeń, minęliśmy barak-budę z powybijanymi (prawdopodobnie przez „miejscową inteligencję”) wszystkimi szybami w oknach. Początkowe pokapywanie przeszło później w regularny deszcz. Bez postoju wędrowaliśmy dalej, najpierw szosą z kamieniołomu w dół, potem ścieżką w prawo, przez las, do góry po orograficznie lewej stronie Ciekonia. Ok. 13:30 wyszliśmy na utwardzoną drogę, nią jeszcze kilkaset metrów, po czym ścieżką na grzbiet między Wysoką a Przednią Kopą (ok. 1113 m n.p.m.). Szliśmy przez półotwarty teren wśród młodników świerkowych i modrzewiowych, miejscami pojawiała się kosodrzewina. Mgła ograniczała widoczność, ale nie było śniegu, więc ścieżka była dobrze widoczna i nie mieliśmy problemów z orientacją. Na grzbiecie ścieżka kluczyła wśród niskich świerków. Potem na Przedniej Kopie nagle skręciła w lewo. Ok. 14:30 byliśmy z powrotem na wcześniej opuszczonej, znajomej drodze o utwardzonej nawierzchni. Idąc tą drogą weszliśmy na Zieloną Kopę (1122 m n.p.m.) z Sinymi Skałkami na szczycie – najwyższy punkt osiągnięty tego dnia. Deszcz niestety był już regularny, cały czas mgła. Zeszliśmy dość sporo w dół do Rozdroża pod Kopą (998 m n.p.m.), gdzie przecięliśmy żółty szlak (nikt z naszej grupy nie skorzystał z pokusy skrócenia nim dojścia do miejsca noclegu w Chatce Górzystów)  i dalej do Mokrej Przełęczy (940 m n.p.m.). Przed przełęczą około 15-ej vis-à-vis  nas wyłoniła się z mgły znajoma sylwetka Astronoma, który tego dnia przyjechał autobusem z Wrocławia do Świeradowa i w tym samym czasie szedł w przeciwną stronę: szlakiem niebieskim do Polany Izerskiej i potem czerwonym w kierunku Zielonej Kopy. Andrzej jako szczęśliwy posiadacz nowo nabytego, dobrze „wypasionego” GPS-a (ułatwiającego orientację w trudnych warunkach) bawił się nim jak dziecko informując nas szczegółowo o danych z odbiornika: odległości, wysokości, kierunku wędrówki.

Na Przełęczy Mokrej trafiliśmy na pierwszą tego dnia na naszej trasie wiatę (lekko „nadgryzioną” zębem czasu). Skorzystaliśmy z okazji, aby schować się przed deszczem, posilić się kanapkami i czekoladą. Astronom oferował wszystkim rozgrzewającą herbatę (bynajmniej nie z góralskim „prundem”, lecz doskonałym sokiem malinowo-różanym). Potem wędrowaliśmy dalej, podmokłą ścieżką, wśród ociekających deszczem świerków przez Rudy Grzbiet (945 m n.p.m.). Pokonaliśmy niewielkie podejście na Szerzawę (975 m n.p.m.), przeszliśmy przez podmokłe obniżenie na nieco wyższą Podmokłą (1001 m n.p.m.) i w zapadającym zmierzchu, kwadrans po 16-tej, zeszliśmy na Polanę Izerską. Według dokładnych wyliczeń Astronoma (a komu jak komu, ale Andrzejowi w tej materii należy wierzyć)  zachód w tym miejscu był o 15:52:12. Tu wysłuchaliśmy ciekawej opowieści Krzysztofa o nieistniejącej już osadzie Drwale. Dziś miejsce to wygląda dość smętnie: resztki fundamentów po hoteliku robotników leśnych, jakaś szopa, zamknięta na cztery spusty drewniana chata, a dla turystów mała wiata i drewniane ławki. Ponieważ ostatni tego dnia odcinek szlaku czerwonego Mokra Przełęcz – Polana Izerska Astronom miał wprowadzony do pamięci GPS-a (przebył go wcześniej w przeciwnym kierunku) mogliśmy go przejść praktycznie po omacku, z zawiązanymi oczami (z maksymalnym odchyleniem ± 10 metrów). Świadomość tego faktu (pomijając wszelkie kwestie bezpieczeństwa) chyba jednak odbiera smak górskiej przygodzie, obdziera góry z ich tajemnicy, a turystę sprowadza do roli zdalnie sterowanego „Łunochoda”.

 Opuściliśmy „Orłowicza” i bez postoju ruszyliśmy dalej niebieskim szlakiem, który wiódł nas szosą w dół na Halę Izerską do Chatki Górzystów. Dotarliśmy tam na nocleg tuż po 17-tej. W chatce było ciepło, przytulnie, nieco ciemnawo (chatka oświetlana jest tylko świeczkami oraz kilkoma małymi diodowymi lampkami zasilanymi z akumulatorów). Sympatyczna szefowa Chatki przydzieliła nam pokoje na piętrze o znamiennych nazwach „Stara Kuchnia” oraz „Wytrzeźwiałka”. Zwłaszcza ta druga nazwa nie miała żadnych korelacji z rzeczywistością – nikt nie musiał trzeźwieć. Posiłki spożywaliśmy w jadalni na parterze. Największym wzięciem cieszyły się chatkowe naleśniki z jagodami i bitą śmietaną, których sława przekracza granice Gór Izerskich. Na noc 4 osoby skorzystały z możliwości pobrania ciepłych kołder i pościeli („jest taka opcja”). Wieczorem zaczął padać deszcz ze śniegiem, który wkrótce przeszedł w mokry śnieg.

W niedzielę 10 grudnia 2006 obudziliśmy się szarym świtem około 7:30. Nie udało nam się zaobserwować zapowiedzianego przez Astronoma zbliżenia 3 planet: Merkurego, Marsa i Jowisza – cała Hala Izerska spowita we mgle (w chmurach). Na dworze było bielusieńko, leżało około 15 cm świeżo spadłego śniegu. To nagłe przejście jesieni w zimę wywarło na nas duże wrażenie.

Śniadanie przygotowaliśmy z własnych zapasów. W kuchni turystycznej jest kuchenka gazowa, dzięki czemu mogliśmy „w opór” nagotować wrzątku na herbatę. W konsumpcji pomagały nam oczywiście chatkowe zwierzęta: suka Ziuta i kot Wampek. Przed wyjściem Krzysztof opowiedział nam o samej Chatce i o Hali Izerskiej. Niegdyś była tu spora osada pasterska Izera (Gross Iser) licząca 133 mieszkańców, która po II wojnie światowej całkowicie się wyludniła. Teraz utworzono tu największy w polskich Sudetach rezerwat „Torfowiska Doliny Izery” porośnięty w sporej części kosodrzewiną – jest tu jej najniższe naturalne stanowisko w Sudetach. Hala Izerska to sudecki biegun zimna. To tu dziesięć lat temu (dokładnie 20 lipca 1996) zanotowano najniższą w meteorologicznej historii Polski temperaturę lipca: –5,5 °C. Szefowa Chatki dopowiedziała parę smakowitych ciekawostek.

Nieco po 9-tej wyruszyliśmy na trasę z Chatki Górzystów przez Halę Izerską niebieskim szlakiem do Polany Izerskiej. Zima ukazywała nam swoje prawdziwe oblicze:  padał mokry śnieg, wiał wiatr i było mglisto. Po drodze Krzysztof przekazał nam sporo informacji o przyrodzie tego terenu i historii jego osadnictwa. Na Polanie przechwyciliśmy Główny Szlak Sudecki  im. dr. Mieczysława Orłowicza. Wędrowaliśmy grzbietem Łużca pokrytym 15-centymetrową warstwą śniegu. Naszą ścieżką nieco wcześniej przejechał gazik leśników zostawiając koleiny – odpadło więc uciążliwe torowanie.

Około południa dotarliśmy do Schroniska na Stogu Izerskim. Zatrzymaliśmy się w nim na dłuższy postój, usiłowaliśmy podsuszać przemoczone mokrym śniegiem rzeczy, zjedliśmy posiłek. Tuż przed 13-tą siedmiu ochotników pod wodzą Krzysztofa (łącznie osiem osób) wyruszyło na „fakultatywną wycieczkę” zielonym szlakiem na szczyt Izerskiego Stogu (1107 m n.p.m.) i dalej przez siodło Łącznika (1066 m n.p.m.) na Smrk (1124 m n.p.m.). Szliśmy w większości „na lekko” (bez plecaków), w zaspach do 20 cm, we mgle i przy opadzie śniegu. Na „Przejściu granicznym na szlaku turystycznym” dokonaliśmy symbolicznej odprawy paszportowej i przechwyciliśmy początek czeskiego niebieskiego szlaku. Na szczycie Smrka nie zaobserwowaliśmy żadnych śladów turystycznej aktywności braci Czechów – nie było żadnej „stopy” po „bieżkach”. W mgle ograniczającej widoczność do 20 – 30 metrów odszukaliśmy ozdobną kotę z nawą szczytu i wysokością. Niektórzy zrobili sobie na jej tle pamiątkowe zdjęcia – był to bądź co bądź najwyższy punkt osiągnięty w czasie całego wyjazdu. Później wyruszyliśmy na poszukiwania nowo zmontowanej na szczycie wieży widokowej. Przy tak kiepskiej widoczności z pewnymi problemami odnaleźliśmy we mgle jej pokrytą szadzią konstrukcję. W pomieszczeniu za podwójnymi drzwiami, w którym panowała ujemna temperatura, wpisaliśmy się do księgi wejść. Wszyscy weszli na górną platformę, z której podnóże wieży było jeszcze widoczne. Wróciliśmy po swoich śladach do Schroniska na Stogu Izerskim nieco po 15-tej.

Wypiliśmy szybką herbatę i już o 15:20 wszyscy, całą grupą, wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w dół do Świeradowa. Na jednym ze skrótów zakosu szosy był najbardziej podmokły fragment – prawie 30-metrowe bagienko nie do obejścia. Tu wszyscy bez wyjątku wpadali po kostki w borowinki. Nieco poniżej skończył się śnieg. We wcześnie zapadających ciemnościach doszliśmy do ładnie, przedświątecznie iluminowanego Świeradowa. Jako pierwsi do znaku początku i zarazem końca Głównego Szlaku Sudeckiego im. dr. Mieczysława Orłowicza dotarli najwięksi weterani całego Rajdu: Basia Malinowska, która „zaliczyła” wszystkie 9 etapów (!) oraz Krzysiek Kultys, który uczestniczył w 7 etapach. Na zdjęciach upamiętniliśmy ich na tle znaku początku/końca szlaku. Wróciliśmy do Wrocławia autobusem PKS trochę „kolędującym” po Pogórzu Izerskim (w godz. 17:30-21:20).

Andrzej Wojciechowski, Krzysztof Borkowski


Zdjęcia Lidii Popiołek: