Akademicki Klub Turystyczny

Oddział Wrocławski PTTK
Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze


Menu:

AKT Wrocław
Aktualności
Imprezy
Archiwum
Wydawnictwa
Ciekawe linki
Napisz do nas

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o naszych imprezach, wpisz poniżej swój adres e-mailowy

 

Czereśnie w Chatce Chomika
7-8 lipca 2007 r.

     Kolejny, niezwykle udany i pełen niezwykłych zdarzeń wyjazd już za nami. 13-osobowa ekipa bawiła się w Chatce Chomika, przemierzając wcześniej drogi i bezdroża Rudaw Janowickich, Kotliny Jeleniogórskiej, Gór Kaczawskich i Pogórza Izerskiego. Do Marczowa dotarliśmy w różny sposób: osiem osób na rowerach (w dwóch turach: 7+1), cztery osoby samochodami, no i Chomik, który miał najbliżej z nas do Chatki, bo wystarczyło że przeszedł z pokoju do pokoju...

     Grupa rowerowa rozpoczęła swą wędrówkę w Trzcińsku, u stóp Sokolików. Podjechaliśmy 500 m do doliny Bobru, gdzie zaczekaliśmy kilka minut na Marcina, który dotarł do nas z Jeleniej Góry, i ruszyliśmy w drogę. Ruszyliśmy, to trochę słowo na wyrost, bo po przejechaniu 50 m, Lila złapała gumę. Zmiana dętki zajęła kilkanaście minut i wtedy już naprawdę ruszyliśmy w drogę. Cały dzień towarzyszył nam wiatr, ale uporczywy był zaledwie w kilku miejscach, przez większą część dnia mieliśmy niezbyt wietrzną aurę.

     Pierwszy etap podróży przerywany był co chwila postojami, spowodowanymi ciekawymi obiektami, jakie napotykaliśmy na trasie: pałac w Bobrowie, kościół i pałac w Wojanowie, pałac w Łomnicy, pałac i sanktuarium w Dąbrowicy, pałac w Dziwiszowie, itd. Mnie osobiście niemal powalił na kolana widok pałacu w Wojanowie. Ostatnio miałem okazję widzieć go jakieś półtora roku temu i od tego czasu przeszedł niesamowitą metamorfozę - wszystko jest w nim piękne, no może poza maszynami budowlanymi, które znajdują się jeszcze na placu. Piękny przykład ratowania zabytku. W niedalekiej Łomnicy (po drugiej stronie Bobru) też się dobrze dzieje, a strudel z sosem waniliowym i wyśmienita kawa zawsze są godne polecenia. W restauracji Schlos Lomnitz odpoczęliśmy i posililiśmy się (niektórzy własnymi kanapkami), po czym znów na siodełka i w drogę.

     Z Dziwiszowa rozpoczęliśmy pierwszy tego dnia solidny podjazd na przełączkę między Górą Szybowcową a Skibą. Droga była trochę asfaltowa, trochę polna, ale gdy już osiągnęliśmy najwyższy punkt i zaczęliśmy zjeżdżać do Płoszczyny, stała się piękną, nową asfaltówką, równą jak stół - cóż może być przyjemniejszego dla rowerzysty? Pomknęliśmy w dół do wsi, pedałów używając dopiero po niemal czterech kilometrach. W kolejnej wsi na naszej trasie, w Czernicy, odbiliśmy się od drzwi zamkniętego kościoła, a próba zdobycia klucza zakończyła się niepowodzeniem (informacją, że klucze ma pani, która mieszka daleko). Kilkanaście minut później okazało się, że o klucz pytaliśmy na... plebani. Ot, taka chrześcijańska życzliwość...

     Z Czernicy już niewiele nam pozostało do Wlenia. Pojechaliśmy niezwykle malowniczą doliną Lipki. W pewnym momencie usłyszeliśmy "bum, pssss, pssss..." - i rower Marcina stanął na poboczu z pustą dętką. Druga złapana guma w czasie naszego wyjazdu, kilkanaście minut odpoczynku. We Wleniu zatrzymaliśmy się na obiad w formie mrożonych flaków i fasolki - w miejscowości nie da się zjeść niczego innego! Potem jeszcze tylko wymagający podjazd przez Łupki na Wzniesienia Gradowskie i zjazd w stronę Marczowa, gdzie przywitały nas na szosie... krowy. Pozostało jeszcze tylko zaopatrzyć się w pobliskim sklepie na wieczorne długie godziny i podjechać do Chatki Chomika. Urzędowała tu już ekipa samochodowa, która po drodze z Wrocławia zwiedziła Legnickie Pole, Kościół Pokoju w Jaworze i weszła na Ostrzycę Proboszczowicką - chata została przewietrzona, odpajęczona i odkurzona. Gospodarz przywitał nas jak zwykle miło, a my zaraz potem rzuciliśmy się na czereśnie, których takiej ilości naprawdę się nie spodziewaliśmy...

     Do wieczora najedliśmy się czereśniami do syta, a i tak ogołociliśmy drzewa zaledwie z setnej części owoców. Potem Chomik przytaszczył 6-metrową drabinę, oparł ją o jedną z gałęzi z mnóstwem czereśni, następnie... uciął tę gałąź i omal nie spadł. Zjednoczone siły niemal wszystkich powstrzymały upadek drabiny i pozwoliły Jędrusiowi wrócić cało na ziemię. Potem było jeszcze szkolenie Chomika przez Astronoma z technik asekuracji, podchodzenia i schodzenia po linie. Miało ono przygotować gospodarza do remontu dachu chatki. I tu Chomik również mało nie spadł. Nagle obróciło nim do góry nogami i wyjechał z uprzęży. Na szczęście było to 0,5 metra nad glebą. Ostatecznie mimo dwóch prób nie udało się Jędrusiowi wyeliminować swoich genów z puli genów ludzkości. W międzyczasie dołączyły do nas: Magda na rowerze i Alina samochodem, przywożąc ze sobą miłego przedstawiciela lokalnej społeczności, który wskazał jej drogę. Późnym wieczorem przesiedliśmy się do ogniska, które płonęło jeszcze w niedzielę, racząc się kiełbaskami i kaszanką z grilla, a także popijając specjały z francuskich winnic, które zaserwował nam Chomik. Czereśni już nikt nie ruszał. Atrakcją wieczoru były także obserwacje nieba, które przez lunetę i lornetkę pokazywał nam Astronom. Zobaczyliśmy m.in. Jowisza z jego księżycami, Wenus, Saturna, Andromedę, miliony gwiazd Drogi Mlecznej i wiele innych ciekawych ciał niebieskich.

     Rankiem część grupy udała się w różnym celu do kościoła (od fotografowania po udział we Mszy), a część pomagała Chomikowi w transporcie jego starego fiata 125p do Chatki. Około południa wszyscy ruszyliśmy w drogę (dwa samochody i osiem rowerów, razem 24 kółka). Dzięki Alinie, która wcześniej sms-em poinformowała nas o świetnej imprezie w Gościszowie, ustaliliśmy trasę na Marczów - Lwówek Śląski - Gościszów - Bolesławiec. W Lwówku zjedliśmy lody, a w Gościszowie pieczenicę (o samej imprezie i pieczenicy na mojej stronie www). Ta niezwykła miejscowość posiada na swym terenie kilka ciekawych zabytków, które oczywiście odwiedziliśmy. Potem już pomknęliśmy do Bolesławca, po drodze zatrzymując się jeszcze przy ciekawszych obiektach. Na stację w Bolesławcu dotarliśmy na 10 minut przed odjazdem pociągu.

     Tego dnia ekipa samochodowa w sile 2 samochody i 4 osoby najpierw jeździła w poszukiwaniu folkloru. Tak więc pojechała do Lwówka na Lwóweckie Agatowe Lato, ale okazało się, że przedwcześnie - impreza zaczyna się dopiero w kolejny weekend. Następnie pojechała na pieczenicę do Gościszowa. I znów za wcześnie - impreza zaczynała się dwie godziny później. Zdegustowany i głodny Astronom wtrząchnął więc gofra z bitą śmietaną i polewą. Gofr trafił do jego żołądka, zaś bita śmietana z polewą - niemal w całości na jego wąsy i brodę. Następnie był przejazd pod Okole i wejście trochę szlakiem, trochę na przełaj na ten szczyt z pięknymi widokami na całe Sudety Zachodnie. A potem powrót do Wrocławia, niestety nie bez kłopotów. Na autostradzie przed Kostomłotami był wypadek i trzeba było zjechać z niej. I wtedy, na zjeździe zobaczyli rzadkie zjawisko atmosferyczne: tzw. poboczne słońca. Było widać w sumie trzy Słońca! Zjawisko to powstaje, gdy Słońce prześwieca przez cienką chmurę z drobnych kryształków lodu o odpowiednim kształcie. Pełni wrażeń wrócili ok. 20:30 do Wrocławia.

     Już tradycyjnie podczas wyjazdu zrodziły się pomysły na kolejne nasze eskapady, o których będziemy informować na stronach AKT... A najbliższy to oczywiście "Polska egzotyczna".

Waldek Brygier, Andrzej Wojciechowski


Zdjęcia Pawła Federowicza:

Zdjęcia Waldka Brygiera:


Stoją od lewej: Lila, Paweł, Marcin, Rafał, Wojtek.
Siedzą od lewej: Chomik (Andrzej), Marzenna, Basia, Kasia, Waldek i Magda.
Leży sobie Astronom (Andrzej)


Pierwsza guma na trasie

W Schloss Lomnitz

Przed pałacem w Czernicy

Czereśniowy raj

Ratowanie Chomika

Astronom w akcji

Przy ognisku

Marczowski Nepomuk

Magda w chomikowej limuzynie

Przy biesiadzie w Gościszowie